Tego roku lato w Małej Odessie przyniosło wydarzenia, jakich nie
pamiętali nawet najstarsi pielgrzymi z Sojuza. Najpierw, sobotnim
rankiem, przyszedł znad oceanu sztorm i nie odbył się zwykły, weekendowy
spektakl na boardwalku. Niepokój dało się odczuć już poprzedniego
wieczoru, bo brudnobiałe mewy, które jak zwykle, dużymi stadami
patrolowały przybrzeżne wody, nagle setkami, wylądowały na plaży i
tkwiły na piasku w milczeniu. Powietrze zgęstniało od wilgoci, a na
horyzoncie pojawiły się dalekie, pełgające błyskawice. Wiatr ustał
zupełnie i gładki ocean lśnił bazaltowym blaskiem w świetle księżyca.
Nad ranem pojawiła się na wschodzie wypiętrzona czarna chmura, a od
spodu, co kilka sekund, podświetlały ją błyskawice i dopiero wtedy
dotarły do wybrzeża pierwsze, rzadkie jeszcze, szkwały. W miarę jak
chmura wypełniała horyzont, wiatr się wzmagał i szedł na skos ku plaży,
nisko, tuż nad wodą, burząc jej gładką powierzchnię, jakby ktoś sypał
kaszą. Świt nie nadchodził, bo słońce nie mogło poderwać się znad
horyzontu, przygniecione siną już chmurą. A potem przyszedł deszcz
niesiony długim szkwałem i widać go było już z daleka na oceanie, bo
pędził przed sobą wał wody zmieszanej z pianą, a gdy uderzył w wybrzeże,
najpierw wytrysnęły słupy wody na końcu kamiennych ostróg
wybiegających w morze, a chwilę później zniknęła granica między wodą a
odeską plażą. Przez dwa dni czarna chmura wisiała nad wyludnionym
boardwalkiem i wydawało się, że odwołano te dwa, letnie dni weekendowe,
bo trudno je było odróżnić od nocy, a sztormowy wiatr znad oceanu
roznosił mokry piasek po bocznych uliczkach i nawet pod linią metra, na
Brighton Beach Avenue, zrywał markizy nad sklepami.
Najtrudniejsze
są takie decyzje, z których nie można się wycofać. Na przykład
decyzja o emigracji w czasach dzielącej Europę "żelaznej kurtyny".
Często podejmowano ją w dramatycznych okolicznościach, bez znajomości
kraju osiedlenia, lub tylko na podstawie mitu zrodzonego w izolacji od
Zachodu. A potem przychodził czas zapłaty, której nikomu nie udało
się uniknąć.
Akcja powieści toczy się w Brighton Beach, rosyjskiej
dzielnicy Nowego Jorku zwanej też Małą Odessą. Jej mieszkańcy, broniąc
się przed Ameryką, tworzą etniczne getto, jeszcze w ramach prawa, ale
już dają się odczuć pierwsze oznaki zmian, które nastąpią z chwilą
przybycia kolejnej fali uchodźców z ZSRR. To już nie będą zmęczeni
życiem radzieccy Żydzi, ale nowi ludzie, korzystający z pierestrojki
Gorbaczowa i zakładający mafijne struktury. Przyjeżdża Kacap i wszystko
się zmienia.
Na tym tle Piotr - lekarz weterynarii i jeździec,
Jasza - radziecki Żyd i Jerzy - solidarnościowy emigrant, usiłują, z
różnym skutkiem, znaleźć swoje miejsce w nowej dla nich rzeczywistości.
Tylko dla Piotra okazuje się to niemożliwe; wychowany w Wielkopolsce,
wśród koni, starych dworów i pałaców, nie potrafi się pozbyć bagażu
rodzinnych dramatów. Pamięć o nich nie jest dobrą przepustką do nowego
świata.
Robert Terentiew - jeden z nielicznych już potomków
rosyjskich, białych emigrantów. Absolwent Wydziału Filologicznego
Uniwersytetu Warszawskiego, dziennikarz, publicysta, wieloletni
felietonista "Tygodnika Solidarność". Publikował w drugim obiegu
wydawniczym, po stanie wojennym na emigracji w Nowym Jorku. Po powrocie
do kraju związany z Telewizją Polską; autor programów, scenariuszy,
reportaży i filmów dokumentalnych.